Subskrypcje – przyszłość naszej konsumpcji treści?

spotify

Subskrypcja – jeszcze dekadę temu słowo to wielu z nas nie mówiło zbyt wiele, a już na pewno nie kojarzyło się z dostępem do gier, filmów, seriali i muzyki. Kupowaliśmy bowiem dany produkt, którego właścicielem się stawaliśmy, a nie czasowy dostęp do bazy z określonymi materiałami. Czy subskrypcje są jednak czymś nowym? Jaką rolę odegrają w ciągu najbliższych lat w świecie technologii? Pewne trendy mogą wskazywać odpowiedzi na te pytania.

Myślę, że zdecydowana większość czytelników naszego serwisu sama doświadczyła przejścia z kupowania pojedynczych albumów, filmów, gier na model subskrypcyjny. Netflix, Spotify, Origin Access, PlayStation Plus, Legimi i Audioteka to tylko kilka najpopularniejszych w naszym kraju przykładów. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że niektórzy wydawcy poszli o krok dalej i udostępniają swoje produkty (przynajmniej hipotetycznie) za darmo. Zjawisko to jest najbardziej widoczne w świecie gier komputerowych, gdzie pozycje „free to play” stają się coraz bardziej popularne. Gracze sięgają po darmowy produkt, ale ostatecznie i tak inwestują przez mikropłatności w rozmaite dodatki i ulepszenia. Przykładów nie trzeba daleko szukać – Pokémon GO nie trafiłoby do takiej liczby graczy, gdyby było płatne. Prawdopodobnie nie przyniosłoby też tak ogromnych zysków. To jednak nie wszystko. Znane wszystkim miłośnikom wirtualnej rozgrywki pozycje typu Team Fortress 2 i Wildstar trafiły na rynek jako gry płatne, ale z czasem ich wydawcy zmienili swoją politykę dotyczącą monetyzacji.

Subskrypcje to w większości przypadków ulga dla naszego portfela. W cenie jednego albumu muzycznego słuchamy bowiem zdecydowanie większej liczby piosenek, niż w przypadku fizycznego nośnika. Gromadzenie płyt i odcięcie się od zakupów nie jest racjonalnym posunięciem z finansowego punktu widzenia, gdyż co jakiś czas pojawiają się nowe wydania i single, z którymi chcemy się zapoznać. Sytuacja nie jest jednak w oczywisty sposób korzystna dla pewnych grup twórców, na przykład muzyków. Sięgając do statystyk, znalazłem informacje, że w Polsce zarabiają oni od 3 do 4,50 zł na sprzedaży płyty. W przypadku Stanów Zjednoczonych to z kolei około 50 centów. Oczywiście wszystko zależy od umowy z wytwórnią, formy sprzedaży oraz innych czynników, ale przedstawione wyżej kwoty są najbardziej dominującymi na rynku. Możemy więc całość zaokrąglić do przedziału od 2 do 5 zł. Spotify twierdzi, że na jednym odtworzeniu utworu artysta zarabia od 0,006 $ do 0,0084 $. Liczmy, że płyta ma dziesięć utworów i przesłuchamy ją trzy razy. Daje to zarobki od 0,18 $ do 0,25 $. Przy obecnym kursie dolara otrzyma on co najwyżej złotówkę. Warto jednak spojrzeć na to z drugiej strony i zauważyć, że po pierwsze streaming ograniczył w jakimś stopniu piractwo, a po drugie konsumenci są bardziej skłonni do przesłuchania płyty, która i tak jest dostępna w abonamencie, niż do dokonania jej zakupu. W ogólnym rozrachunku sytuacja związana ze Spotify, Apple Music etc. może być więc dla niektórych artystów bardziej korzystna. Na ten moment jednak nie wielu z nich pokusiło się o komentarz w tej sprawie.

Z całą pewnością dystrybucja niemal wszystkich treści zmierza w stronę dominacji wersji cyfrowych. Już teraz gracze kupują niemal tyle samo gier w PlayStation Store, na Steamie itd., co fizycznych egzemplarzy. Od takiej sytuacji już prosta droga do subskrypcji. Tak naprawdę po streamingu muzyki, filmów i seriali tylko gry są ostatnim bastionem, gdzie ten model sprzedaży nie jest jeszcze znaczący. Niewykluczone jednak, że z czasem Sony, Microsoft, EA, Ubisoft i Valve zmienią ten stan rzeczy. Czy będzie to jednak korzystne dla użytkowników?

Z subskrypcyjnym modelem dystrybucji treści są związane przede wszystkim dwa zagrożenia. Pierwsze to podnoszenie cen, gdy będziemy uzależnieni od danej platformy. Jeżeli płyty naszego ulubionego artysty, gry na które czekamy i filmy, które mamy zamiar zobaczyć pojawią się tylko w takim modelu sprzedaży, to chcąc nie chcąc będziemy musieli zapłacić miesięczny abonament za daną usługę. Obecnie w 99% procentach przypadków mamy wybór i możemy kupić konkretny materiał na własność, choć już teraz niektórzy wydawcy (jak na przykład Kanye West) rezygnują z wydawania fizycznych nośników, a przynajmniej opóźniają ich premierę na rynku. Co jednak, jeśli z jakiś powodów wycofają oni płyty z cyfrowej dystrybucji (na przykład na mocy testamentu)? Już nigdy do nich nie wrócimy.

Drugie zagrożenie dotyczy rozdrobnienia rynku, co z całą pewnością nie wpłynie korzystnie ani na wygodę korzystania z subskrypcji (łatwiej włączyć płytę ze Spotify niż biec po nią do sklepu) ani na nasze wydatki. Jeżeli mamy trzech ulubionych artystów i jeden udostępni płytę wyłącznie klientom Apple Music, drugi skorzysta tylko z oferty Spotify, a trzeci ograniczy się do Deezera, to będziemy musieli (chcąc uniknąć piractwa) zapłacić trzy abonamenty. Sytuacja ta jest mało korzystna dla użytkowników i coraz częściej nas ona dotyka. Jako użytkownik Spotify nie tak dawno opłacałem przez dwa miesiące Apple Music by posłuchać nowego albumu Radiohead, zaś kilku znajomych zrobiło to samo z Tidalem, gdyż są fanami Beyoncé.

Subskrypcyjny model sprzedaży staje się coraz bardziej popularny, jednak nie jest lekarstwem na cały przemysł treści rozrywkowych. Wiążą się z nim liczne plusy, takie jak wygoda, dostępność, niższe ceny, ale i liczne zagrożenia, których doświadczamy coraz częściej. Mam wrażenie, że całość zmian rozgrywa się trochę za plecami konsumentów, choć to oni „pompują” pieniądze w ten biznes. Starajmy się jednak dokonywać dobrych wyborów, tak aby subskrypcje będące świetnym rozwiązaniem nie doprowadził nas do sytuacji, gdy będziemy tęsknić za płytami na sklepowych półkach.