PIĘĆ SPRZĘTÓW NIEZBĘDNYCH, BY ZACZĄĆ GOTOWAĆ

kucharz-mezczyzna-warzywo

Przedstawiamy krótki poradnik, co trzeba posiadać w kuchni, aby móc zacząć gotować samemu i nie być gorszym od znajomych.A znajomi – wiadomo – na fali pop kultury gotowania stali się ekspertami od tego, co się dzieje w garnku. 

Gdy byłem młodą doktorką, a raczej magisterką, a raczej magistrem, żywiłem się głównie w pobliskim barze mlecznym „Jaś i Małgosia”. Przede wszystkim dlatego, że brakowało mi czasu, ale też z powodu niedoborów sprzętowych w mojej kuchni. Na szczęście dziś panuje moda na gotowanie, każda młoda magisterka i magister, a nawet osoby na innych etapach drogi zawodowo-naukowej, łatwo mogą takie braki uzupełnić, bez względu na zawartość portfela. Co jest niezbędne w kuchni, by zacząć gotować?

To, co ostre

Najważniejszy jest oczywiście nóż; epoka rwania pożywienia na kawałki zakończyła się szczęśliwie jeszcze przed czasami opisywanymi w prologu „Odysei kosmicznej” Kubricka. Debata toczy się tu między zwolennikami noży stalowych i ceramicznych. Obie grupy mają swoje poważne argumenty. Noże ceramiczne są znacznie ostrzejsze, ale stalowymi można kroić twardsze produkty, na przykład mrożonki. Można je też ostrzyć – z ceramicznymi jest to niemożliwe, chyba że kupimy drogi produkt z gwarancją. Nie polecam ich też osobom mniej zręcznym. Nóż ceramiczny po spontanicznym zderzeniu z ziemią z dużej wysokości lubi rozpaść się na kawałeczki, a już ukruszenie czubka zdarza się kuchennym ciamajdom często. Ja poszedłem kompromisowo: zdecydowałem się na dwa ceramiczne noże kupione w Saturnie, do tego dorzucając stalowe na specjalne okazje. Co najważniejsze: noże muszą być co najmniej dwa – krótki do obierania i krojenia drobiazgu, oraz długi, najlepiej „nóż szefa”, do siekania i krojenia produktów konkretnych, jak spory kawał mięcha, na przykład.

Do noży zaliczmy jeszcze obieraczkę. W polskiej kuchni to świętość – Włosi mogą bez niej żyć, ale w Kraju Kwitnącego Ziemniaka, Republice Buraczanej, pozbawianie skóry jarzyn bulwiastych jest codziennością. Obieraczka może też służyć do fikuśnego wykrawania paseczków z warzyw na surówkę, albo do skrobania parmezanu. Ach, zapomniałbym o tarce! Tej także potrzebuje każdy kuchenny debiutant, zwłaszcza do wyrobu surówek.

To, co gorące

Do smażenia, jak wiemy, najlepiej nadaje się patelnia. A do gotowania – garnek. Mnogość wyboru może nas jednak doprowadzić do sporego załamania konsumpcyjnego. Spieszę z pomocą: wybierzcie dwa garnki (mały i duży), oraz jedną dużą, dość głęboką patelnię. Do tego możecie jeszcze dorzucić patelnię naleśnikową; dzięki niej nie da się właściwie zepsuć przygotowania tej popularnej i prostej potrawy. Ja używam głównie patelni teflonowych, dostępnych w każdym elektromarkecie czy lepszych sklepach. Jedna to zupełny no-name, jedna to najpopularniejszy na rynku Tefal, a trzecia pochodzi z firmy Gerlach i ma świetne dno o fakturze plastra miodu, zapobiegające przywieraniu produktów na bazie ciasta. Smażę sporo placków, hiszpańskie tortille czy naleśniki – bardzo więc je sobie chwalę. Jaka patelnia najbardziej przypadnie Wam do gustu – musicie zdecydować sami. Świetnie sprawdzają się też coraz popularniejsze patelnie ceramiczne. Teflonowa powłoka przydaje się też w garnku. Łatwiej w nim ugotować makaron, czy pierogi, a znacznie trudniej cokolwiek przypalić.

To, co piecze

Jeśli idzie o naczynia do pieczenia, początkujący kuchcik i kuchciczka powinni celować przede wszystkim w produkty z żaroodpornego szkła. Ze względu na przejrzystość zapewniają stały wgląd w to, co wyprawia się pod pokrywką, a wyprawia się sporo; dwustustopniowa temperatura może nam zapewnić łatwe schrzanienie dania, jeśli nie przypilnuje się wyjęcia go o czasie, czy dodania w odpowiedniej chwili kolejnego składnika. Ja piekę w starej brytfannie szklanej, która przeżyła niejeden upadek z niewielkiej wysokości, ale gdy trzeba piec większy kawał mięsa dla szerokich kręgów rodzinnych, posiłkuję się wielkim, żeliwnym naczyniem sąsiadów. Tu musicie sami oszacować swoje potrzeby.

patelnia

To, co rozdrabnia i wiruje

Komu się wiedzie za dobrze, może od razu kupić robota kuchennego wielkości C3PO, ale dla początkującego z powodzeniem wystarczy zwykły blender. Mnie przez lata towarzyszył stacjonarny Zelmer, w którym dało się zarówno siekać warzywa czy mięso, jak i wyrobić krem, czy ciasto naleśnikowe. Oraz przygotować tak dzisiaj modne kremowe zupy, czy sosy. Można też poprzestać na najprostszym mikserze ręcznym typu babcino-mamusinego. Ciekawe propozycje można znaleźć w niektórych elektromarketach, oferujących bezpłatne okresy próbne dla wybranych sprzętów. Działa to tak, że kupujemy, próbujemy, a jak nam się przez dany okres (zwykle miesiąc) nie spodoba – odsyłamy kurierem na koszt sklepu i kasujemy refundację. By nie było to konieczne, polecam jednak większy blender stacjonarny z pojemnikiem. Użytkowanie jest znacznie wygodniejsze, niż w przypadku urządzeń ręcznych.

To, co paruje

Moda na zdrowie życie zaczyna się od zdrowego gotowania. Już na etapie kuchennych początków trzeba się więc przyzwyczajać do warzenia na parze. Można do tego celu używać metalowej rozetki umieszczanej w garnku, ale po co, skoro na rynku jest wiele elektrycznych, wielopiętrowych urządzeń, umożliwiających jednoczesne gotowanie kilku różnych produktów (z rybą włącznie) z gwarancją niemieszania się zapachów i smaków? Przy odrobinie samozaparcia na jednym parowarze można przygotować trzyskładnikowy posiłek. Aktywnych na tym rynku jest wiele firm, ja używam wcale niedrogiego Philipsa, ale można iść i w pozycje bardziej ekskluzywne, jak na przykład Tefal. Patrioci mają na szczęście swój Zelmer i mogą traktować żołądek produktami przygotowanymi najzdrowiej jak można ze świadomością pozostawienia zainwestowanych pieniędzy w granicach polskiej gospodarki. Smacznego!