Konkurs: Dying Light – sukces polskiej gry na całym świecie

Żywe trupy mają się całkiem nieźle. Ostatnio nic tak nie przykuwa naszej uwagi jak kolejne premiery z zombiakami w rolach głównych. Najpierw sukces książki i filmu World War Z, potem kolejne sezony serialu Walking Dead, a teraz prawdziwa gratka dla graczy, czyli Dying Light. Gra przygotowana przez wrocławskie studio Techland w kilka dni zdobyła amerykański rynek i już w styczniu stała się bestsellerem pozostawiając w tyle między innymi Call of Duty, GTA5 i Minecraft. Co zdecydowało o popularności tego tytułu?

— zadanie konkursowe poniżej recenzji —

Warto podkreślić, że Techland nie jest na światowym rynku anonimowy. Już wcześniej zaprezentował inny produkt z zombiakami w roli głównej – Dead Island Jednak nowa gra dla posiadaczy PC oraz PS4 i X-box One to zupełnie nowa jakość rozgrywki. Powrót żywych trupów wypada naprawdę okazale!

O co chodzi? Mniej więcej o to samo, co w każdej grze akcji. Nasz dzielny bohater – Kyle Crane musi przeżyć w nieprzyjaznym środowisku, a przy okazji wyjaśnić zagadkę. W tym przypadku chodzi o wirusa, który sprawił, że w mieście Harran zamiast zawodów lekkoatletycznych mamy wysyp żywych trupów. Martwica mózgu opanowała miasto i tylko jedna osoba może wyjaśnić przyczyny i zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii. Kyle to jednak nie ostatni żywy człowiek w mieście. W ruinach kryją się bowiem ocalali ludzie, wśród których są zarówno sportowcy jak groźni bandyci. Po szybkim wprowadzeniu w fabułę zajmujemy się tym, co bohaterowie lubią najbardziej – eksploracją świata, zbieraniem przedmiotów, wykonywaniem zadań i wreszcie (co gracze lubią najbardziej) tłuczeniem przeciwników czym popadnie. Klucz tkwi w dopracowaniu wszystkich elementów do perfekcji.

Pierwszym genialnym pomysłem jest wprowadzenie wyraźnego podziału na dzień i noc. Co z tego wynika? Kiedy nadchodzi noc zombie są dużo silniejsze niż za dnia. Szczególnie na początku rozgrywki po zmroku jest na tyle niebezpiecznie, że nie ma mowy o bezpośredniej konfrontacji, a jedynym ratunkiem pozostaje ucieczka. Nie chcąc utrudniać sobie zadania, unikamy nocy jeśli to tylko możliwe i kalkulujemy, jak rozegrać wszystkie zadania, żeby nie narażać się po godzinie 21.00. Nie ma to jak nerwowe spoglądanie na zegarek, żeby pilnować, kiedy będzie noc. Żywych trupów nie opłaca się zabijać dla rozrywki. Zawsze lepszym rozwiązaniem jest ominięcie skupiska przeciwników i oszczędzanie swoich sił oraz zasobów. Ograniczeniem jest nie tylko ilość amunicji do broni palnej, ale także wytrzymałość broni białej, którą się posługujemy. Każdy przedmiot, którego intensywnie używamy może ulec zniszczeniu. Liczba dostępnych napraw także jest ograniczona! W ten sposób twórcy nagradzają myślących graczy, którzy wolą przemknąć niepostrzeżenie niż wdawać się w niepotrzebną konfrontację.

Kolejny plus to system rozwoju naszych umiejętności. Twórcom udało się osiągnąć coś, co zdarza się w grach wyjątkowo rzadko – nasze działania mają bezpośrednie przełożenie na rozwój bohatera. Nie ma tu mowy absurdach typowych dla RPG, w których zdobywamy punkty doświadczenia za otwarcie skrzyni i rozwijamy umiejętność walki bronią dwuręczną lub pokonujemy orka i rozwijamy krasomówstwo. W Dying Light mamy trzy zupełnie niezależne drzewka rozwoju. Za wykonywanie questów otrzymujemy umiejętności ogólne, za udane skoki, wślizgi i inne akrobacje dostajemy punkty zręczności, a za zabijanie przeciwników punkty przydatne w rozwijaniu umiejętności bojowych. Nie dość, że system jest dobrze wyważony to daje pojęcie o stylu rozgrywki. W zależności od tego, jak poprowadzimy naszą postać będziemy albo sprawniejsi fizycznie, albo skuteczniejsi w walce, albo osiągniemy szybciej mistrzostwo w udoskonalaniu przedmiotów. System prosty i przemyślany a do tego odpowiednio wyważony. Nie ma mowy, żeby bohater stał się zbyt silny, bo nawet dopakowany umiejętnościami z wyższych poziomów nie jest wiecznie żywy, szczególnie jeśli dopadnie go znacznie liczniejszy przeciwnik.

Gra daje dużo satysfakcji i spokojnie możemy poświęcić na rozgrywkę na różnych poziomach i zdobywanie trofeów nawet 28 dni. Później warto zainteresować się trybem multiplayer. Co ma do zaoferowania Dying Light dla wielu graczy? Przede wszystkim tryb kooperacji, w którym zadania – i te główne, i te poboczne – wykonujemy wspólnie z przyjaciółmi. Żeby nie było nudno, mamy także możliwość rywalizacji. Urozmaiceniem rozgrywki są różnorodne zawody – kto pierwszy dotrze do wyznaczonego punktu, znajdzie wartościowe przedmioty lub zada zombiakom więcej obrażeń.

Drugi tryb – Be the Zombie – stworzono już wyłącznie z myślą o hardkorach. Tutaj nierówną walkę toczą ludzie z kontrolowanym przez jednego z graczy przypakowanym nieumarłym łowcą – oczywiście w nocy, żeby było trudniej. Walka naprzeciw ciemności do łatwych nie należy, jedyna nadzieja w latarkach, które osłabiają nieumarłego przeciwnika. Dla miłośników PvP ten tryb to zdecydowanie najatrakcyjniejsza opcja.

Dying Light to naprawdę smakowity kąsek. Dopracowana grafika, otwarty, rozbudowany świat, bardzo ciekawa rozgrywka i fantastyczny klimat survival horroru złożyły się na jej sukces. Rzadko zdarza się gra, w której wszystkie elementy są tak dobrze wyważone, a rozgrywka dostarcza tyle frajdy.

UWAGA KONKURS!

Wypisz w komentarzu pod artykułem wszystkie ukryte w recenzji tytuły filmów o zombie i odpowiedź na pytanie „Jaki powinien być wymarzony ekwipunek Twojego bohatera w grze Dying Light?”. Osoba, która odnajdzie wszystkie tytuły filmów lub poda ich największą liczbę oraz najciekawiej odpowie na pytanie otrzyma kolekcjonerską edycję gry Dying Light! Oprócz tego redakcja nagrodzi autorów 5 kreatywnych prac koszulkami i gadżetami gry. Na zgłoszenia czekamy do 12 kwietnia łącznie. Regulamin dostępny pod adresem: LINK

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *