Osobisty transport przyszłości

Low-Angle-w-Palm-Trees-Hi

Na początku był Segway. Pierwszy znany szerszej publiczności osobnik z gatunku rideables, czyli urządzeń, które same jeżdżą. Daleko mu było jednak do doskonałości. Dość powiedzieć, że właściciel firmy Segway zginął w wypadku na… Segway’u.

Mimo to rideables prawdopodobnie są przyszłością miejskiego transportu. Prześledźmy na 3 przykładach, w jakim kierunku podąża ich ewolucja. Czy na jej końcu będą deski z „Powrotu do przyszłości”?

Uniwheel

Z przytoczonych w tym artykule urządzeń, Uniwheel chyba najbardziej przypomina Segway’a. Tyle że ma jedno kółko mniej i brakuje mu kierownicy.

Stopy trzyma się na podeście po obu stronach koła. Skręcamy, przyspieszamy i zwalniamy, wychylając się w odpowiednim kierunku. Brzmi łatwo, ale w rzeczywistości potrzeba sporo wprawy. Można przewrócić się w dosłownie każdym kierunku. Gdy jednak opanuje się tę sztukę… Efekt jest niesamowity. Daje poczucie ślizgania się w powietrzu i sterowania samymi myślami. Dopóki się nie przewrócisz. Na szczęście w urządzeniu są czujniki na podczerwień, które „wiedzą” kiedy spadłeś i wówczas wyłączają silniczek. Z tego rozwiązania twórcy są wyjątkowo dumni.

Uniwheel teoretycznie został stworzony jako dodatek do komunikacji miejskiej – by szybko pokonać „ostatnią prostą” od przystanku do pracy czy domu. Pomijając już naszą infrastrukturę pełną wysokich krawężników, problemem jest waga urządzenia. Prawie 11 kilogramów to nie jest ciężar, który każdy swobodnie weźmie pod pachę. Jeśli jednak ktoś chciałby taki gadżet, musi na niego wydać 990 funtów.

Elektryczna deskorolka

Kolejna ścieżka ewolucji idzie w kierunku deskorolek. Przyjrzyjmy się modelowi ZBoard.

Studenci politechniki Jeff Larson i Ben Forman stworzyli jego projekt na zaliczenie jednego z przedmiotów. Inspiracją były olbrzymie problemy komunikacyjne na kampusie. Zaparkowanie samochodu było praktycznie niemożliwe, z rowerami było niewiele łatwiej, a deskorolkę można po prostu wziąć ze sobą na wykład.

3 lata testów później rozkręcili kampanię na Kickstarterze, dzięki której udało im się stworzyć 25 pierwszych sztuk. Pomysł chwycił.

Projekt jest rozwijany od 2013, co oznacza, ze przyjął się całkiem nieźle. Obecnie w sprzedaży są 2 modele ZBoard: Blue i Pearl. Mają zasięg odpowiednio 26 i 39 km, a ładują się 3,5 i 4,5 godziny. Oba rozwijają prędkość aż do 32 km/h. Kosztują 1299 i 1499 dolarów.

Nawet doświadczony skejter musi poświęcić trochę czasu, by nauczyć się jeździć na ZBoard.
Nie odpycha się nogami – to oczywiste. Ale przy tym trzeba trochę inaczej balansować środkiem ciężkości. Gdy jednak już się to ogarnie, wrażenie z jazdy jest jeszcze lepsze niż przy Uniwheel. ZBoard jest stabilniejszy, szybszy i zwinniejszy. I bardzo ładnie wykonany z drewna klonowego.

Monocykl, który sam łapie równowagę

Rideables idą także w stronę bardziej nobliwą niż deskorolki, kojarzone przez wielu z młodzieżową subkulturą. Mowa tu o monocyklach. Weźmy na tapetę SBU czyli Self Balancing Unicycle firmy Focus Designes.

Wymaga nauki równowagi, jednak w dużo niejszym stopniu niż klasyczne monocykle. 30-60 minut powinno wystarczyć. Tak jak wszystkie post-sagway’owe urządzenia, steruje się nim za pomocą wychylania w odpowiednią stronę. Wbudowany akcelerometr pilnuje, aby przy zbyt gwałtownym wychyleniu SBU nie przyspieszył lub nie zahamował z mocą wystarczającą, by nas zrzucić. Można jednak łatwo oszukać ten system i spaść. To na pewno nie jest w 100% bezpieczny pojazd.

SBU doskonale sprawdza się w zwracaniu na siebie uwagi. Gdy bezszelestnie mknie się nawet 20 km/h po asfaltowych ulicach współczesnego miasta, można poczuć się jak w przyszłości. Daleko jednak nie zajedziemy. Zasięg USB to 16 km. Urządzenie kosztuje 1795 dolarów.